Wydaje mu się, że wie, dlaczego Bozio milczy Gdyby nie to warszawskie cwaniactwo, nie siedziałby teraz w płaszczu kąpielowym frotee na rozsłonecznionym balkonie. Byłby w pracy. A że przed południem pracy jest niewiele, zawracałby pewnie Lidzie jej złocistorudą głowę. I może by już nie żył albo wybuch wyszarpałby mu jakieś całkiem potrzebne dla zdrowia organy. Więc Bozio przeżuwa ironicznie myśl, jak to opatrzność nagradza egoizm. Bozio (skrót od Bożysław) nie wierzy w Boga ani Go nie stawi. .

Znowu. Gdzieś na górze, po lewej stronie. Odgłos był głośniejszy i bliższy niż dźwięk, który słyszał u podnóża ścieżki. Jakieś urządzenie elektroniczne? I nagle coś sobie skojarzył, a noc - niedawny sprzymierzeniec - stała się jeszcze ciemniejsza i groźniejsza. To radio. Króciutkie sygnały radiowe, jakich używały oddziały dywersyjne w dżunglach delty Mekongu, kiedy przejście na fonię było zbyt niebezpieczne. Wystarczyło wtedy pstryknąć guzikiem mikrofonu. Jedno pstryknięcie: stój. Dwa pstryknięcia: naprzód. Trzy - wycofaj się. Żeby potwierdzić odbiór, należało powtórzyć odebrany sygnał.. Tam, gdy dotarli do krańca spychowskiego lasu, nastała przerwa w dżdżu i chmury zajaśniały jakimś dziwnym żółtym światłem. Uczyniło się widniej i oczy Zygfryda utraciły ów poprzedni niesamowity blask. Ale wówczas napadła na Tolimę inna pokusa: "Kazali mi mówił sobie - odprowadzić tego wściekłego psa przezpiecznie aż do granicy, tom go i odprowadził; ale zaliż ma on odjechać bez pomsty i kary, ów kat pana mojego i jego dziecka, i czy nie byłby to godny a miły Bogu uczynek zgładzić go? Ej! nużbym go pozwał na śmierć? Nie ma ci on wprawdzie broni, ale o milę zaraz, w pana Warcimowym dworzyszczu, dadzą mu przecie jaki miecz albo okszę - i będę się z nim potykał. Da Bóg, obalę go, a potem dorżnę jako przystoi i głowę w gnoju zakopię!" Tak mówił do siebie Tolima i spoglądając łakomie na Niemca jął poruszać nozdrzami, jakby już zwietrzył zapach świeżej krwi. I ciężko musiał walczyć z tą żądzą, ciężko łamać się z sobą, aż dopiero gdy pomyślał, że Jurand nie do granicy tylko darował życie i wolność jeńcowi i że w takim razie na nic by się nie przydał pański święty uczynek i zmniejszyłaby się za niego nagroda niebieska, przezwyciężył się wreszcie i powstrzymawszy konia rzekł: - Oto granica nasza, a i do waszej niedaleko. Jedźże wolny, a jeśli cię zgryzota nie zdławi i piorun boski nie doścignie, to od ludzi nic ci nie grozi. I to rzekłszy zawrócił, a tamten pojechał przed siebie z jakąś dziką skamieniałością w twarzy nie odezwawszy się ani jednym słowem i jakby nie słysząc, że ktoś do niego przemówił.. Spiralami. Albo iż tak piszemy.. - Ni.. - Wygląda też na to, iż statek zgarnął coś po drodze.. Był to człowiek wysokiego wzrostu, z twarzą suchą, rozumną, z głową wygoloną na wierzchu, niżej zaś, nad uszami, otoczoną wieńcem siwiejących włosów. Na czole miał bliznę po ranie, widocznie za młodych rycerskich czasów otrzymanej, oczy przenikliwe, wyniośle spod czarnych brwi patrzące. Ubrany był w habit jak inni mnisi, ale na wierzchu miał czarny płaszcz podbity purpurą, na szyi zaś złoty łańcuch, na którego końcu zwieszał się również złoty, drogimi kamieniami sadzony krzyż - godło opackiej godności. Cała jego postawa zdradzała człowieka dumnego, przywykłego do rozkazywania i ufnego w siebie..